e-wyprawy.pl » O autorze

O autorze

          Blisko 12% swojego życia spędziłem na wycieczkach, wyprawach, wyjazdach:

- 500 dni spędzonych na szlakach Beskidów,

- 200 dni spędzonych na szlakach i w podziemiach Sudetów,

- 100 dni spędzonych w Tatrach,

- 300 dni spędzonych w górach Słowacji,

- 300 dni spędzonych w Skandynawii,

- 100 dni spędzonych w Karpatach Rumuńskich,

- 100 dni spędzonych w górach na Bałkanach,

- 250 dni spędzonych w Alpach.

- 50 dni spędzonych w Pirenejach, Górach Kantabryjskich i Kastylijskich.

W tym:

- 106 odwiedzonych pasm górskich w 20 krajach,

- 62 zrealizowane wyprawy w różne pasma górskie Europy,

- blisko 700 nocy przespanych w namiocie (to już prawie dwa pełne lata!),

- 18000 punktów GOT,

- około 32.000 km pieszo po górach,

- kilkadziesiąt spotkań z niedźwiedziami, wilkami i innymi drapieżnikami,

- setki godzin spędzonych nad studiowaniem map,

- ponad 500 tysięcy kilometrów przejechanych podczas wycieczek i wypraw górskich…

…ale po kolei:

           Z górami jestem związany od samego początku. Wychowałem się w górskiej leśniczówce w Beskidzie Małym. Moja świadomość była kształtowana od najmłodszego dzieciństwa. Już jako 3-letni bajtel chodziłem z dziadkiem do lasu na obchody rewiru, tudzież z babcią na grzyby, jagody, maliny, czy zioła. Wtedy też zdobyłem pierwszą w swoim życiu górę – Palenicę (782m). Mając 5 lat rozróżniałem już kilkanaście gatunków grzybów. Znałem ich nazwy i doskonale wiedziałem w jakich miejscach należy ich szukać. Mieszkając w leśniczówce tak dobrze poznałem okoliczne tereny, że już jako 9-latek zacząłem organizować swoje pierwsze całodniowe wycieczki górskie. Początkowo były to zazwyczaj wejścia na pobliską Palenicę, Trzonkę, Bukowski Groń, czy Micherdówkę przy okazji zbierania grzybów, czy innego runa leśnego. Potem jednak wycieczki te coraz częściej miały charakter wyłącznie turystyczny, a miejsce koszyka na grzyby zajął plecak. Były to moje pierwsze samodzielnie zorganizowane wycieczki górskie. Dziadek i babcia byli moimi pierwszymi nauczycielami i przewodnikami. To oni pokazali mi góry, nauczyli postrzegać piękno przyrody i nauczyli nawigacji w trudnym górskim terenie.

W czwartej klasie szkoły podstawowej moją wychowawczynią została nauczycielka geografii. Ku mojej uciesze (a rozpaczy innych uczniów) była to zapalona turystka. Organizowała nam wspaniałe wycieczki. Zamiast do kina czy teatru chodziliśmy na wycieczki w Beskidy. Tam też po raz pierwszy zetknąłem się z turystyką kwalifikowaną; pierwsza książeczka GOT, pierwsze schroniska, pierwsi „prawdziwi” turyści. Patrzyłem na nich z zazdrością, jak wędrują beskidzkimi szlakami. Marzyłem o tym samym…

W połowie lat 80-tych spotkałem na swej drodze kolejną osobę, która wprowadziła mnie w turystykę kwalifikowaną w pełnym tego słowa znaczeniu. Był to Czesław Klimczyk, przewodnik i wielki podróżnik. Był to człowiek bardzo doświadczony, brał udział w licznych wyprawach i ekspedycjach górskich. Co roku podczas wakacji organizował górskie obozy wędrowne. Dzięki niemu poznałem Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki i kilka pasm sudeckich. W czasie naszych wyjazdów opowiadał o swoich przygodach, udzielał wskazówek i przekazywał wiele praktycznych porad. Był człowiekiem wielce apodyktycznym, ale i odpowiedzialnym. Nasze wspólne wyjazdy trwały nieprzerwanie przez 3 lata. Klimczyk był ostatnim ogniwem w mojej edukacji turystycznej. W wieku 16 lat uświadomiłem sobie, że zdobyłem taki poziom doświadczenia, że jestem w stanie zorganizować sobie każą wycieczkę i tym samym przejąć do końca inicjatywę. Wiedziałem już, że jestem na właściwej drodze i że nie ma już dla mnie odwrotu. Marzyłem o podróżach górskich, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Postanowiłem sukcesywnie zdobyć całe polskie góry…

Od pierwszej klasy szkoły średniej każdy wolny weekend starałem się spędzać w górach. Nie miałem z tym większych problemów, gdyż od urodzenia mieszkałem w Beskidach i w zasadzie wszędzie miałem blisko. Początkowo noclegi spędzałem w schroniskach, później pod namiotem. W ten sposób jeszcze w szkole średniej przeszedłem cały Beskid Mały, Śląski, większość Beskidu Żywieckiego i Makowskiego, oraz po części Gorce, Pieniny i Karkonosze. Góry pochłonęły mnie do tego stopnia, że zdecydowałem się studiować geografię.

Będąc jeszcze w piątej klasie szkoły średniej założyłem własną firmę. Biznes kręcił się raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu. W ciągu kilku miesięcy kupiłem sobie pierwszy samochód. Od tego momentu uniezależniłem się już całkowicie od środków transportu publicznego. Mając własny samochód mogłem zapuszczać się w coraz odleglejsze pasma górskie. W pierwszej kolejności odbyłem wycieczki w pozostałe części Beskidu Żywieckiego i Makowskiego. Następnie Beskid Wyspowy, Pogórze Karpackie (Wielickie i Wiśnickie), pozostałą część Gorców, Pienin i cały Beskid Sądecki. Na samym końcu przeszedłem całe Pogórze Rożnowskie i Ciężkowickie oraz zachodnią część Beskidu Niskiego. Pod koniec lat 90-tych osiągnąłem na wschodzie dolinę rzeki Białej. Pozostałą część Beskidu Niskiego, Pogórze oraz Bieszczady postanowiłem zostawić sobie na starość. Wiedziałem, że przy tym tempie osiągnę dolinę Sanu w ciągu kolejnych 5 lat. Oznaczałoby to ostateczne zdobycie pozostałej części polskich Karpat. Do tego jednak nie chciałem dopuścić.

Równolegle, gdy zaczynałem opuszczać Beskidy, coraz bardziej intrygowały mnie Sudety. Góry te fascynowały mnie nie tylko przez pryzmat turystyczny, ale i geologiczny. Zainteresowała mnie ich niezwykła budowa geologiczna i powiązana z tym historia górnictwa i hutnictwa. Moją wielką pasją stały się sztolnie. W pewnym okresie poszukiwaniu i eksplorowaniu podziemi poświęcałem więcej czasu, niż wędrówkom po górskich ścieżkach. Częściej można było mnie zobaczyć w kombinezonie i w kasku z czołówką, niż z plecakiem i mapą! W czasie 11 lat, jakie poświęciłem na eksplorację podziemi, odwiedziłem chyba wszystkie stare sztolnie i kopalnie w Sudetach, przechodząc większość dostępnych chodników. Brałem też udział w udostępnianiu tras turystycznych w Górach Złotych i Sowich. Na moim koncie jest też kilka odkryć nieznanych wcześniej chodników.

Pierwszy kontakt z Sudetami miałem jeszcze za czasów Klimczyka w 1987 roku. Przez następne lata odwiedzałem Sudety głównie w celu eksploracji podziemi. Prawdziwa turystyka górska zaczęła się dla mnie dopiero w 1995 roku. Sudety zwiedzałem w nieco inny sposób niż Beskidy. Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem jednocześnie jeździć w kilka pasm górskich, które to odwiedzałem regularnie przez kilka lat i mniej więcej w tym samym czasie zdobywałem je do końca. Początkowo były to Sudety Środkowe i Wschodnie: Góry Stołowe, Sowie, Bardzkie, Opawskie, Wzgórza Włodzickie, Masyw Śnieżnika i całe Przedgórze Sudeckie z Masywem Ślęży włącznie. W następnych latach zapuszczałem się dalej na zachód. Kilka razy odwiedziłem Rudawy Janowickie, Karkonosze i Góry Izerskie wraz z ich Przedgórzem, oraz Góry i Pogórze Kaczawskie. W Sudetach, podobnie jak we wschodniej części Beskidów, pozostawiłem sobie kilka niedokończonych pasm górskich na lata późnej starości.

Na przestrzeni dwóch dziesięcioleci przeszedłem większość polskich gór. To, czego nie przeszedłem pozostawiłem sobie na czasy, gdy nie będę już tak sprawny, żeby chodzić po górach wysokich. Od czasu do czasu chętnie jednak powracam na beskidzkie i sudeckie ścieżki, którymi wędrowałem kilka, czy kilkanaście lat temu. Podróżując po polskich górach nigdy nie wybierałem tylko tych najlepszych i najpopularniejszych fragmentów omijając te gorsze! Chciałem być wszędzie i widzieć wszystko, nawet te z pozoru najmniej atrakcyjne tereny w rejonie Pogórza Rożnowskiego czy Ciężkowickiego, Przedgórzy i Pogórzy Sudeckich, czy kotlin śródgórskich. Około 2003 roku przeszedłem już prawie całe Sudety. Wtedy też przyszła pora na najlepsze…

          Tatry odkryłem pod koniec lat 90-tych. W zasadzie od pierwszego kontaktu z nimi bardzo ograniczyłem wycieczki po Sudetach i Beskidach. Góry te zacząłem poznawać stosunkowo późno, ale dzięki temu moja świadomość emocjonalna i doświadczenie turystyczne były na znacznie wyższym poziomie. Tatry zrobiły na mnie takie wrażenie, że postanowiłem przejść je całe, miejsce w miejsce, wszędzie, gdzie tylko się da! Wędrując w ten sposób przeszedłem każdy centymetr szlaku, jaki tylko istnieje w tych górach! Nie opuściłem niczego, byłem wszędzie. Zajęło mi to 10 lat, ale mam satysfakcję, że zdobyłem je absolutnie całe. W dodatku udało mi się to osiągnąć bez konieczności korzystania z dostępnych na szlakach ułatwień w postaci klamer, czy łańcuchów! W niektórych miejscach byłem kilka, czy nawet kilkanaście razy. Tatry w dalszym ciągu są na pierwszym miejscu wśród polskich gór i nadal je odwiedzam. W 2006 roku przeszedłem ostatni odcinek szlaku tatrzańskiego. Teraz, kiedy przeszedłem już zdecydowaną większość szlaków beskidzkich i sudeckich oraz wszystkie szlaki w Tatrach mogę powiedzieć, że dopiąłem swego. Zrealizowałem swoje dziecięce marzenia – zdobyłem polskie góry!

W moim życiorysie obok gór polskich ważna rolę odegrały również wyjazdy zagraniczne. W obecnej chwili są ona dla mnie ważniejsze, gdyż poświęcam im zdecydowanie więcej czasu i uwagi, niż górom polskim.

           Pierwsze wyjazdy na Słowacje zorganizowałem już 1995 roku. Początkowo miały one charakter turystyczno-krajoznawczy. Były to objazdówki po najciekawszych miejscach tego kraju. Wyjazdy górskie rozpoczęły się w 1997 roku. Jako pierwsze zacząłem poznawać góry położone w orawskiej części Słowacji, w pobliżu granicy z Polską. Najpierw pasmo Skoruszyny, następnie Góry Choczańskie. Z biegiem czasu pasm tych przybywało; Mała Fatra, Wielka Fatra i wreszcie Tatry. Tatry również zdobywałem sukcesywnie od zachodu na wschód: Grupa Siwego Wierchu, Tatry Zachodnie z Rohaczami, Tatry Wysokie i na końcu Tatry Bialskie. Aby uniknąć ciągłego chodzenia po tych samych górach przez dłuższy czas, wprowadziłem następującą zasadę: na początku sezonu jeździłem w góry najniższe a w miarę upływu czasu w coraz wyższe. W ten to właśnie sposób w marcu i kwietniu chodziłem po Małej Fatrze Luczańskiej, czy niższych partiach Beskidów Orawskich. Maj i czerwiec spędzałem w Górach Choczańskich i na Wielkiej Fatrze, gdzie o tej porze można już było nocować pod namiotem. W okresie wakacji zdobywałem najwyższe części Małej Fatry Krywańskiej. Od września do pierwszych śniegów jeździłem już tylko w Tatry. Dzięki takiej polityce każdego sezonu odwiedzałem kilka pasm górskich o różnej wysokości i o dużym zróżnicowaniu krajobrazowym. Za każdym razem bywałem też w innym miejscu, co przyczyniało się do sporego urozmaicenia moich wyjazdów. Z perspektywy czasu uważam, że było to bardzo słuszne posunięcie. Większość z wymienionych wcześniej pasm górskich przeszedłem w całości do 2007 roku. Tatry Słowackie zdobywałem nieprzerwanie aż do 2006 roku. Podobnie jak w polskiej części podczas zdobywania tych gór nie korzystałem z łańcuchów i klamer. W ostatnim czasie przeniosłem swoją uwagę na południe Słowacji. Zacząłem koncentrować się na Rudawach Słowackich i Tatrach Niżnych. Bardzo często powracam jednak na moje ulubione szczyty i doliny. Najmilsze wspomnienia mam z Rohaczami i Grupą Siwego Wierchu w Tatrach Zachodnich, Dierami i Rozsutcami na Małej Fatrze oraz halną częścią Wielkiej Fatry. Moim zdaniem są to jedne z najciekawszych miejsc na całej Słowacji.

           W 2001 roku rozpoczął się dla mnie okres wyjazdów do Skandynawii. Wyprawę w ten zakątek Europy planowałem już dużo wcześniej, ale o pierwszym wyjeździe ostatecznie zadecydował przypadek. Pewna organizacja międzynarodowa organizująca wyjazdy turystyczno-zarobkowe na zbiory runa leśnego do Szwecji poszukiwała kierowców z własnymi samochodami. Warunki dla takich osób były bardzo korzystne, co wpłynęło na moją pozytywną decyzję. Niebawem wraz z przydzielonymi mi ludźmi znalazłem się w samym sercu Laponii. Dla mnie atrakcje turystyczne zawsze były na pierwszym miejscu, co niekiedy prowadziło do pewnych konfliktów w załodze nastawionej głównie na pracę przy zbiorach. Mimo to w ciągu pierwszego pobytu przejechałem blisko 15 000km i zwiedziłem sporą część Skandynawii. Już w następnym roku w porozumieniu z ową organizacją otworzyłem własne biuro i stałem się ich przedstawicielem regionalnym na południu kraju. Werbowałem ludzi na wyjazdy i prowadziłem dla nich szkolenia. Wśród potencjalnych kandydatów wybierałem te osoby, które podobnie jak ja bardziej zainteresowane były zwiedzaniem Skandynawii, niż samym zarobkowaniem. Byli to głównie ludzie młodzi, którzy w ten sposób organizowali sobie wspaniałe wakacje za pieniądze zarobione na miejscu. Nasze wspólne wyjazdy wyglądały jednak zupełnie inaczej niż te, które oferowała wspomniana organizacja. Wyjeżdżaliśmy z kraju już na 2-3 tygodnie przed planowanym terminem rozpoczęcia zbiorów. W tym czasie spędzaliśmy niezapomniane chwile na fiordach zachodniej Norwegii, w górach północnej Szwecji, czy nad dzikimi jeziorami gdzieś w dalekiej Laponii. Następnie przejeżdżaliśmy w rejon zbiorów, gdzie pracowaliśmy przez pewien czas na pokrycie kosztów wyjazdu. Nabyte w ten sposób doświadczenie sprawiło, że w 2004 roku zakończyłem komercyjną współpracę z organizacją i samodzielnie zająłem się przygotowywaniem wyjazdów, co zresztą robię do dzisiaj. Skandynawia uzależniła mnie już chyba na zawsze! Zrobiłem po niej blisko 70000 km i nadal nie jestem w stanie powstrzymać się od corocznej wyprawy w tamte strony! Na mojej prywatnej liście atrakcji Skandynawia od początku zajmowała czołowe miejsce: najwspanialsze krajobrazy, najpiękniejsza przyroda, lodowce, fiordy, wodospady i pozbawione żywej duszy góry… W Skandynawii poznałem wielu wspaniałych przyjaciół i ludzi bardzo mi oddanych. Tam też niestety spotkałem największych idiotów, ludzi niezwykle pazernych, zachłannych i nienawistnych, największych awanturników i pretensjonalistów! Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że tacy ludzie w ogóle istnieją! Mimo to ani przez moment nie żałowałem żadnego z moich wyjazdów w ten niezwykły zakątek Europy!

           Rok 2005 to początek wyjazdów do Rumunii. W opinii wielu podróżników Rumunia uchodzi za prawdziwy skansen i rezerwat przyrody w jednym. Drewniane wioski, kościoły obronne, średniowieczne zamczyska zagubione wśród wzgórz Transylwanii. Łąki pasterskie pełne owiec, wilki, niedźwiedzie i lasy tak stare, że drzewa walą się same ze starości! Jako poszukiwacz dzikiej, nieskażonej przyrody zostałem tym krajem oczarowany bez reszty! Pierwszymi górami, które odwiedziłem w Rumunii był Bihor. Właściwie trudno sobie wyobrazić te przepiękne góry, jeżeli nie miało się okazji zobaczyć ich na własne oczy. Zjawiska krasowe rozwinięte są tam na niespotykana skalę! Jaskinie, wąwozy, pojla, uwały, podziemne rzeki, kaniony, wodospady i wiele innych przepięknych form geomorfologii krasu czynią z Bihoru istne królestwo karpackiego krasu. Bihor z racji dogodnego położenia odwiedzam za każdym razem podczas przejazdu w Karpaty Południowe. Jak do tej pory odwiedziłem je aż sześć razy! Następnym po Bihorze pasmem górskim w rumuńskiej części Karpat były Bucegi. Jest to najniższe pasmo dwuipółtysięczników karpackich. Góry te przeszedłem kompleksowo podczas swoich dwóch wypraw w Karpaty Południowe. Tam też miałem najwięcej spotkań z niedźwiedziami. Niewiarygodne, jakie ilości tych wspaniałych drapieżników spotyka się w tych górach! Praktycznie każdemu noclegowi pod namiotem towarzyszyły spotkania z niedźwiedziami! Nigdy nie zapomnę jak wyrośnięty samiec zwabiony zapachem żywności o mało nie stratował nas w namiocie! Niestety góry te należą też do najbardziej zniszczonych za sprawą niekontrolowanego rozwoju turystyki. Kolejnym celem na mapie Rumunii były góry Retezat. Ze względu na wyjątkowe walory przyrodnicze góry te zostały objęte szczególna ochroną. Są one nie tylko Parkiem Narodowym, ale i Rezerwatem Biosfery UNESCO wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa Kultury. Góry te rzeczywiście są niezwykłe! W żadnych innych rumuńskich górach nie ma takiej ilości jezior polodowcowych tak wspaniale wkomponowanych w krajobraz jak w Retezacie. Mimo pozornie niewielkiej powierzchni kompleksowe poznanie Retezatu wymaga poświęcenia sporej ilości czasu. Aby przejść je w całości potrzebowałem na to aż trzech wypraw. Kolejnym pasmem, które zwiedziłem w Rumunii był Paringul Mare. To trzecie do wysokości pasmo górskie w Karpatach jest stosunkowo dzikie i mało poznane nawet przez samych Rumunów. Przyczyną tego jest fakt, że do 2007 roku nie było ono zaznaczone na żadnej mapie turystycznej. W szczytowych partiach w dalszym ciągu na wielką skalę wypasa się owce. Góry te udało mi się przejść podczas jednej udanej wyprawy. Kolejnym pasmem jakie odwiedziłem w Rumunii były niewielkie Góry Iezer w południowej części Gór Fogaraskich. Góry te znajdują się już po południowej (wołoskiej) części Karpat. Dojazd do nich jest dość kłopotliwy mimo to nie żałuję, że się tam wybrałem. Przeszedłem je w całości podczas dwóch wypraw połączonych ze zwiedzaniem wapiennej grani Piatra Craiului. Z najwyższych szczytów roztaczają się przepiękne widoki w stronę Gór Fogaraskich. Po nich przyszła pora na najwyższe w tej części Europy Góry Fogaraskie. Aby poznać je całe i przejść większość wytyczonych szlaków potrzebowałem dwóch wypraw i blisko miesiąca czasu. Poznałem te góry na wskroś przechodząc je zarówno słynną granią od przełęczy Plaiul Foii po przełom Czerwonej Wieży, oraz większością dolin i grzbietów, zarówno od strony północnej, jak i południowej. Ostatnią jak do tej pory pozycją na mapie Rumuńskich Karpat była wapienna grzęda skalna Piatra Craiului. To małe acz niezwykle ciekawe pasmo. Aby je poznac dokładnie wystarczy tydzień czasu. Wśród zaplanowanych wypraw pozostała mi jeszcze jedna pozycja. W najbliższym czasie zamierzam odwiedzić i przejść najwyższą część Karpat Wschodznich, czyli Góry Rodniańskie. Potrzebuje na to jeszcze jednej dłuższej wyprawy. Potem zapewne opuszczę ten piękny kraj na dłużej kierując swoją uwagę w inne, nie odkryte jeszcze dla mnie rejony Europy…

           W roku 2007 zorganizowałem swoją pierwszą wyprawę górską na Bałkany. Jej celem było poznanie trzech pasm położonych nad Zatoką Koryncką. Były to góry Vardousia, Ghiona i Parnassos. Po powrocie na forum turystycznym zamieściłem krótką fotorelację, w której zawarłem swoje wrażenia z pobytu w tych górach. Jak się potem okazało było to pierwsze polskojęzyczne opracowanie, które wywołało szerokie zainteresowanie wśród polskich podróżników. Następnego roku odwiedziłem kolejne bałkańskie pasma: dzikie i nieopisanie nigdzie pasmo Grammos na pograniczu grecko-albańskim, potężne góry Voras na pograniczu grecko-macedońskim, tajemnicze macedońskie Nidże, oraz czarnogórski Durmitor, który zwiedzałem podczas dwutygodniowej wyprawy o charakterze aktywnych wczasów. Ostatnim jak do tej pory pasmem górskim na Bałkanach jest albański Gramozi. O ile o górach Voras można co nieco wyczytać w Internecie z racji znajdującego się tam zimowego kompleksu narciarskiego, o tyle o górach Grammos nie ma absolutnie żadnych informacji. Wszystko co napisano do tej pory na temat gór Grammos znajduje się właśnie na tej stronie. Jest to zatem pierwsze i jak na razie jedyne polskojęzyczne opracowanie i jedno z nielicznych w ogóle. Być może za jego sprawą góry Grammos staną się z biegiem czasu równie popularne wśród polskich podróżników jak góry Durmitor w Czarnogórze? Czas pokaże tym bardziej, że moje dotychczasowe podróże bałkańskie są jedynie namiastką tego, co zaplanowałem na najbliższe lata. W ciągu 10 lat zamierzam odwiedzić 22 pasma górskie w 6 krajach. Być może moje opracowania przyczynią się do bliższego poznania tego jakże interesującego zakątka Europy…  

         Do 2008 roku nie przypuszczałem, że kiedykolwiek wybiorę się w Alpy. Góry te na początku budziły u mnie raczej mieszane uczucia. W mojej wyobraźni pokutowała błędna opinia o ich rzekomej trudności, niedostępności, wysokich kosztach pobytu i wszechobecnych zakazach. Negatywnej opinii sprzyjały też wypowiedzi niektórych „speców” o zwichrowanym podejściu. W ich mniemaniu Alpy składały się z „Grossa”, „Matta”,  „Blanka”, tudzież kilku pomniejszych, nieco mniej kozackich szczytów. Pozostała część - według nich, nie warta była zachodu. Na szczęście ludzie ci szybko odnaleźli swoje miejsce na Ziemi ograniczając horyzonty do zimnego piwa i ciepłej wody w Sharm el Sheikh. W roku 2009 przyszła więc pora by przekonać się o faktycznych walorach tych gór. W pierwszym sezonie swej alpejskiej aktywności zorganizowałem trzy wyprawy. Ich celem było siedem pasm w Alpach Wschodnich i jedno w Alpach Zachodnich. Trasę starałem się zaplanować w taki sposób, aby w czasie jednej wyprawy być co najmniej w dwóch różnych miejscach. Takie zróżnicowanie zwiększało atrakcyjność i podnosiło walory krajobrazowe każdego wyjazdu. Metodę tą, ku aprobacie moich współtowarzyszy z powodzeniem stosuję nadal. W sezonie 2010 zorganizowałem sześć kolejnych wypraw w Alpy podczas których odwiedziłem sześć pasm w Alpach Wschodnich i cztery pasma w Alpach Zachodnich. W niektórych miejscach tak nam sie spodobało, że odwiedzaliśmy je dwukrotnie. Wtedy to poznałem moim zdaniem najpiękniejsze - Alpy Biellajskie, Liguryjskie i Masyw Mercantour. Większość włoskich i francuskich pasm to doskonałe miejsce dla wędrowca szukającego ciszy i spokoju. Wędrując po okolicznych lasach można poczuć się jak w najdzikszych ostępach rumuńskich Karpat lub w wyludnionych górach Macedonii, Albanii czy Grecji. Przepiękne krajobrazy, dzika przyroda, niewielki ruch turystyczny i oddalenie od większych miast sprawiają, że czas biegnie tutaj inaczej. Jeśli dodamy do tego niczym nie ograniczoną możliwość poruszania się po górach, biwakowania i palenia ognisk, wizyta w takich miejscach na długo pozostanie w pamięci. Noclegi w namiocie przekładały się oczywiście na wymierne oszczędności finansowe. Dzięki temu dobrze zorganizowana wyprawa wynosiła nas porównywalnie do stacjonarnego pobytu w Tatrach. A jakaż to skala atrakcji! W Alpach też poraz pierwszy zetknąłęm się z ubezpieczonymi szlakami górskimi, czyli via ferratami. Już w pierwszym roku przeszedłem kilkanaście ferrat o zróżnicowanym stopniu trudności. Była wśród nich między innymi ekstremalnie trudna ferrata Leoganger - Süd Klettersteig. Ferraty bardzo przypadły do gustu nie tylko mnie, ale również moim współtowarzyszom. Wielu z nich już po pierwszej próbie nabyło stosowny sprzęt i tylko marzy, by zweryfikować swoje umiejętności na trudniejszych i bardziej wymagających drogach. W związku z tym, że zainteresowanie wyprawami w Alpy przeszło moje najśmielsze oczekiwania postanowiłem, że w każdym sezonie będę organizował co najmniej pięć wypraw, podczas których odwiedzę kilka bądź kilkanaście pasm. Docelowo zaplanowałem przejść ponad 80 pasm alpejskich. 

           Minęło już 29 lat od czasu, kiedy rozpocząłem uprawianie turystyki kwalifikowanej w pełnym tego słowa znaczeniu. Mimo setek dni spędzonych w górach i ogromnego doświadczenia, jakie zdobyłem na przestrzeni tych lat nigdy nie uległem rutynie ani nie dałem się ponieść ambicji. Każda wycieczka czy wyprawa, którą organizuję jest szczegółowo przygotowywana. Przez cały ten czas moim celem były i są wyłącznie góry, niekoniecznie te najwyższe, ale jednak góry wraz z całokształtem atrakcji turystycznych, krajoznawczych i przyrodniczych.  Góry zawsze traktowałem przez pryzmat poznawczy a nie ambicjonalny. Nigdy nie organizowałem wyjazdów jedynie w celu zdobycia najwyższego szczytu. Moim celem zawsze było kompleksowe poznanie całości. Niektóre pasma górskie odwiedzałem kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy, żeby móc je poznać w całości. Dopiero wtedy mogłem powiedzieć, że byłem, widziałem i wiem o nich wszystko! W przeciwieństwie do szeroko lansowanej turystyki wysokogórskiej, szczególnie wśród młodych i niedoświadczonych ludzi, nigdy nie ześwirowałem na punkcie zdobywania coraz to wyższych szczytów! Nigdy nie traktowałem gór przez pryzmat jednorazowej przygody i nigdy nie zatraciłem priorytetów - góry i przyroda zawsze były dla mnie najważniejsze. Cała reszta stanowiła jedynie tło. I proszę Boga, aby tak pozostało. I aby pozwolił mi szczęśliwie wracać z każdej górskiej ścieżki…

do góry